Historia :: Kronika :: Ogłoszenia



Polska Szkoła


HISTORIA

Café Literacka

W czasie jednego z moich pobytów w Krakowie, moim rodzinnym mieście, przeczytałam w prasie ogłoszenie o „Salonie Poezji" organizowanym przez Annę Dymną w niedzielne przedpołudnia w Teatrze im. J. Słowackiego.

W sobotni, bardzo mroźny ranek wybrałam się po bilety i jakież było moje zdumienie, gdy pod kasą teatru zobaczyłam długą, grubą, jak za dawnych czasów, kolejkę ludzi przytupujących dla rozgrzewki, chuchających w ręce i nieco zdenerwowanych, że wejściówek braknie. Starzy, młodzi, studenci i emeryci, nie można było jednoznacznie określić tej grupy, byli tu przedstawiciele wszystkich środowisk, dziwna mieszanka. Podeszłam i usłyszałam:

-„Pani tu nie stała, proszę do kolejki, my czekamy tu już od świtu."

Tak długo? Na tym mrozie? Co przygnało tutaj tych ludzi, skłonnych do takiego poświęcenia?

-„Poezja, proszę pani, takie tam wierszyki, ale miło posłuchać".

Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.  

Przyjechałam właśnie z Bazylei, gdzie odczuwam pewien brak spontaniczności, zaangażowania, na spotkania w domu literatury przychodzi kilka starszych osób. Wszystko co jest, a jest niewiele, jest dostępne bez problemu. Raz tylko zabrakło biletów na koncert  K. Zimermana z orkiestrą, została nas garstka, może 8 osób.

Nie wpuszczono nas, bo przepisy przeciwpożarowe zabraniają. Potem okazało się, że było mnóstwo wolnych miejsc, bo nie wszyscy, którzy mają abonamenty, przyszli. Jeden ze Szwajcarów powiedział wtedy głośno:

-„Coś takiego by się w Warszawie nie zdarzyło, tam czują muzykę".

Okazało się, że jest bywalcem Warszawskiej Jesieni. 

A tu w Krakowie - kolejka. Miejscówek brakło naturalnie dla większości z nas.

Jakiś starszy pan pocieszył mnie.

-„Proszę przyjść jutro, jakoś się pani dostanie."

Wracam do domu niepocieszona i układam w myślach co powiem przy wejściu, że przyjechałam na krótko, że z polskiej szkoły, że nie będę miała następnej okazji....

W niedzielę rano, nauczeni doświadczeniem, wybieramy się z mężem i córką do teatru dużo wcześniej. Pod teatrem ogromna ciżba ludzka, kolejka obiegająca cały gazon i zakręcająca w kierunku Plant. Stajemy na końcu. Obok przechodzą ludzie idący z dworca i pytają, od razu z błyskiem zainteresowania w oczach i gotowością dołączenia się do kolejki, a nuż tu coś ciekawego dają?

-„Za czym pan tu stoi?- zwraca się ktoś do męża.

-„Ja? Za tą panią".- odpowiada ze spokojem mój mąż.

-„Za poezją."- dodaje ktoś z boku. 

Otwarcie drzwi teatru przypomniało mi otwarcie domu towarowego lub sklepu mięsnego przed laty. Tłum ruszył, kolejka załamała się i naparła z całym impetem na wejście. Weszli wszyscy, nikt nie sprawdzał miejscówek, nie trzeba się było tłumaczyć. Teraz tylko trzeba było znaleźć jakieś przyzwoite miejsca. Mieliśmy tylko jedno krzesło na nas troje, ludzie siedzieli i stali wszędzie, na schodach, na poręczach, tłoczyli się w wejściach do westybulu. Starzy i dzieci, nikt się nie skarżył na niewygodę. Dorota Segda i Jacek Romanowski deklamowali wiersze Bolesława Leśmiana. I nic, żadnych dodatkowych środków, żadnej scenografii, niczego co mogłoby uatrakcyjnić spektakl. A jednak wszyscy zastygli w ciszy, zasłuchani w poezję.

Wyszliśmy spokojni, szczęśliwi i pogodni. Takie krótkie sanatorium w zabieganej codzienności. I refleksja: więc nie wszystkim wystarcza internet i sms, więc jest jednak głód słowa pięknego i żywego. Ale może to jest tylko magia Krakowa, tego miasta artystów i myślicieli? Bo piękno i duchy historii z którymi obcujemy tu na co dzień, uwrażliwiają nas, jak nigdzie indziej, na sztukę.

I przyszło mi do głowy, że warto to sprawdzić w Bazylei.

Tak zrodziła się Café Literacka.  

Okazało się, że odzew jest bardzo pozytywny, że chętnie zastała zaakceptowana forma czynnego uczestnictwa w czytaniu poezji. Uczestnicy sami wyszukują wiersze na zadany każdorazowo temat. Starają się znaleźć coś rzadkiego, czego inni nie znajdą. Odkurzyliśmy tomiki poezji, przypomnieliśmy sobie lekcje polskiego, sięgamy do wszelkich możliwych źródeł, by znaleźć perełki. 

Spotykamy się raz na dwa miesiące, w piątkowe wieczory, w uroczej piwnicy kawiarni Zum Isaak na placu katedralnym w sercu Bazylei. Atmosfera starej , jakby krakowskiej piwnicy, zawsze dobrane dekoracje i muzyka, sprawiają, że są to piękne, czasem wesołe, a czasem wzruszające spotkania z polską poezją.

To takie wyciszenie po całym intensywnym, pełnym bieganiny i stresów tygodniu, a zarazem przyjemne rozpoczęcie weekendu. 

Zapraszam wszystkich miłośników poezji i literatury polskiej do odwiedzania nas.

     

                                 

             Małgorzata Lityńska